#kopniak

To co przeżywamy, często znajduje odzwierciedlenie w świecie zewnętrznym, a przyroda to jeden z najlepszych ilustratorów. Podrzuca nam obrazki, które stają się instant metaforą i leczą komplementarnie, za pomocą światła, form, kolorów, zapachów. Przytrafiają się też inne, subtelne lub hardkorowe podpowiedzi, w postaci różnych zjawisk, które inspirują do zmiany oceny danego zjawiska, albo przynajmniej zobaczenia i poczucia go z innej strony. Chociaż o kilka stopni. Jeden z tych znaków namalowała przyroda, a drugi podsunął Instagram.

Gleba

Miałam relację z mężczyzną, sięgnęłam po nią. Pojechałam po nią w piękne miejsce, na drugi koniec Europy. Chciałam intensywnie i było. Postawiłam wszystko na jedną kartę, tak jakby od tego miało zależeć moje szczęście i w ogóle przeżycie. Doznałam wszystkiego w różnych proporcjach. Przez tą właśnie intensywność, odrzucenie było tym bardziej bolesne, pełne poczucia niesprawiedliwości. Serio, kolejny pieprzony kopniak? Dlaczego taki z ostrogą? Zgięta wpół, leżąc na podłodze przez dwa dni, nie mogłam zrozumieć, że ktoś się odwrócił, tak po prostu, jakby nic nie zaszło. Doszły do tego uczucia związane z upokorzeniem, wstydem, złością. To wszystko było piekielnie mocne i straszne. A najgorsze, że nie upłynęło jakoś wiele czasu, od poprzednich kopniaków. Niektóre siniaki jeszcze się nawet nie wchłonęły.

„I kop mnie jeszcze i tak już nic nie czuję
Przecież kopiesz obłok
Nie słyszę już sygnałów karetek pogotowia
Histerycznego pisku opon”

Dzieciak jeszcze

Trzeba się było ratować. Wewnętrzny skowyt przybierał na mocy. Zadzwoniłam do Wery. A ona krok po kroczku przeprowadziła mnie przez mój własny ogień, gdzie łamały się stropy, temperatura gotowała krew i wrzask rozsadzał przestrzeń. Tam gdzieś, za chmurą dymu, siedziała na krawężniku, jakaś młoda dziewczyna, dzieciak jeszcze. Usiadłam obok, czułam się bardzo głupio tak koło niej siedząc, nie chciałam jej pocieszać, silić się na jakieś gesty, sformułowania. To JA byłam ta biedna, JA cierpiałam i nie miałam ochoty na jakieś dziwne akcje z dzieckiem. Było mi głupio, że jestem dorosła, a w przeżywaniu chujowych akcji relacyjnych w czołówce powiatowej, a nawet gminnej. Sytuacja była napięta, bo żeby wyzdrowieć, potrzebowałam z nią pogadać, przytulić, przynajmniej tego oczekiwałby terapeuta. Nic się jednak nie działo. Nie wpadłyśmy sobie w ramiona płacząc. Siedziałyśmy obie na krawężniku, ja ryczałam i narastało we mnie poczucie winy, że jestem takim nieogarem. Obie wyglądałyśmy na opuszczone i smutne, a ja dodatkowo jakbym była na ciężkim kacu.

Nie wiem ile tam siedziałyśmy i która z nas w końcu wykonała jakiś ruch. Próbowałam chyba czesać jej włosy, żeby jakoś nawiązać kontakt.

Minęło kilkanaście miesięcy od tego wydarzenia, miesięcy w których niezliczoną ilość razy pisałam w głowie list do niego, smażyłam jego jaja w głębokim oleju, a potem rozpadałam się i składałam po fragmencie, żeby później znów zakopać się gdzieś do kąta i siedzieć w lęku.

W końcu poczułam, że ta lekcja ulega w końcu domknięciu, zaczęłam się bardziej przyglądać temu spotkaniu pod kątem karmicznych przygód. Skoro dla niego było to przygodą, to może czas zrzucić ten ból i też tak na to popatrzeć. I nie chodzi mi o wyparcie tego bólu, ale zrzucenie jego wagi. Bo skoro poczułam, że to już za wiele waży, to warto za tym iść i wejść pod dramę głębiej. Co też zrobiłam kilka dni później w rozmowie ze znajomą terapeutką.

W tym dniu jednak, tym konkretnym, o którym za moment opowiem, poczułam, że to się po prostu już dzieje, zaczyna się proces. Żegnam się z tym wydarzeniem, a wnioski, które wyciągam nie przestają mnie zadziwiać, wciąż przychodzą kolejne.

Przyjmuję to odrzucenie, jak również te poprzednie, nie tylko relacyjne, ale także w warstwach zawodowych, rodzinnych, przyjacielskich. Przyjmuję też odrzucenie przez samą siebie. Przyjmuję jako mała JA, fakt, że jako duża JA, odrzuciłam siebie. To takie chyba wejście w wybaczenie, może mam sama sobie wybaczyć, że się wciąż olewam. To jest coś nowego dla mnie. Nie wiem kto tu jest w końcu dorosłym, kto kim się opiekuje.

Słoneczniki

Z miesiąc temu napisałam krótkiego posta o tym ważnym dniu, spędzonym na Franken w Niemczech, gdzie byliśmy na tripie wspinaczkowym. Pogoda od dłuższego czasu była dość upierdliwa, ciągle lało i zrobiło się jesiennie, chociaż był to dopiero środek sierpnia. Siedzieliśmy z moim partnerem wspinaczkowym przez dwa dni w lesie, głównie w busie, leżąc, śpiąc, jedząc i czytając książki. Było zimno, wilgoć oblepiła wnętrze busa i wlazła nam w układ ruchu, cementując ciała.

Trzeciego dnia zrobiła się dziura w chmurach, więc się zawinęliśmy. Chcieliśmy się ogrzać, wysuszyć, zjeść śniadanie w słońcu. Poszukując ciepłych promieni, wylądowaliśmy niespodziewanie na polu słoneczników. Zaskoczenie i radość. Ulga w sercu i w ciele. Słońce nas odblokowało, zaczęliśmy się jakoś inaczej do siebie odzywać, wzięłam “prysznic” z chęcią, a nie pod wewnętrznym przymusem, a potem zaczęłam tańczyć. Pareo też miałam zbiegiem okoliczności takiego koloru co słoneczniki. Wszędzie żółto i zielono, jak na Wielkanoc 🙂 Nazrywaliśmy trochę kopru, który rósł między kwiatami i wrzuciliśmy później na patelnie, do jajek. Mega śniadanko.

Wśród słoneczników, w cieple, poczułam, że mogę jechać dalej. Coś właśnie się dopalało, może ten ogień, który wybuchł w styczniu, po jego telefonie. Miałam ochotę klepnąć w zadek mojego lomibusa i ostro dodać gazu. Kilka dni później, po rozmowie ze wspomnianą terapeutką, bardzo wyraźnie zobaczyłam schematy, w których na co dzień się poruszam. Uświadomiłam sobie korzyści, które płyną z moich traumatycznych przygód. Może to będzie początkiem do zrozumienia schematów, które się w kółko powtarzają i szansą na wyjście z nich. Często zmianę, zwiastuje jakiś kopniak. Tak też się stało w moim przypadku. A ten ostatni kopniak był mocny.

Hasztagi

Wiecie czym są hasztagi? To słowa klucze, które odsyłają nas do treści, zdjęć i filmów związanych bezpośrednio z tym słowem. W moim poście o słonecznikach i zmianie, wyłapałam kilka ważnych słów i zaczęłam szukać dobrych hasztagów. Wpisałam #kopniak i przeniosło mnie w rejon zupełnie mi obcy i niezrozumiały przez moment. Nie było tam wyciągniętych kończyn w geście kopania, ani żadnych zwłok leżących skopanych na ulicy. Wiecie co było? Kobiece brzuchy. Rozczarował mnie ten hasztag. Nie o to mi przecież chodziło. Ja tu z kopaniem leżącego przyszłam, żeby było dramatycznie, a tu proces tworzenia nowego człowieka w postaci ciążowego brzucha. Litości, nie będę oznaczać mojego tekstu takim zdjęciem. Po opublikowaniu posta, jednak skumałam, że “kopniak” jest kluczem. I to jakim!

Bak do pełna

Ten kopniak nie dawał mi spokoju, przylepił się do mojego tyłka i do mojej podświadomości. I nagle zrozumiałam. I teraz będzie moc: może wystarczy spojrzeć na kopniak faktycznie z innej strony, że on nie pochodzi z zewnątrz tylko z wewnątrz. Może ta żółto zielona Wielkanoc w słonecznikach i koperku, plus pojawienie się słońca i mantra o kopniakach zwiastują narodziny! Idzie coś nowego. Czuję to. Tankuję bak do pełna i “jadę dalej”.

Chciałabym aby ten proces wyglądał mniej brutalnie, ale przecież takie ponoszę skutki, jakie podejmuję decyzje.

Tak mnie to odkrycie podniosło na duchu, że postanowiłam zacząć pisać bloga. I to jest pierwszy tekst pisany specjalnie z tej okazji. Pierwsza bezpośrednia zmiana, wyrosła z tych słoneczników i #kopniaka, została wprowadzona w życie, umożliwiłam jej to.

Taki morał sobie napisałam: Następnym razem, zamiast przerażenia i lęku, że ktoś Cię kopie (piszę „Cię” ale myślę również „mnie”), pomyśl, że to coś, wewnątrz Ciebie nie może się doczekać, aż Cię zobaczy i poczuje. Jeśli dasz mu swoją uwagę i miłość to wydarzą się niesamowicie piękne rzeczy i zacznie się proces zdrowienia. Pamiętaj o uwadze skierowanej właśnie do środka, nie na zewnątrz.

Jeśli to kopniak życia, aby się przebudzić, to zamieniam się w źródło. Wybiję wszystkie hydranty w okolicy i przetkam złogi, które zakorkowały mi żyły.

Mam sporo fajnych pomysłów i projektów. Zaczynam je wcielać w życie.

Oprócz tekstu pisanego, będą też filmy na YouTubie i będzie też to, co darzę wyjątkowym uczuciem, czyli podcasty. Wszystko się będzie uzupełniać i znajdziecie z pewnością swoją ulubioną formę przekazu.

Cytat pochodzi z utworu “Browarne bulwary” Pidżamy Porno

A tutaj macie filmik z tego dnia, bo zdarzenie miało oczywiście miejsce w rzeczywistości:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *